Nie będzie to wbrew pozorom wpis o interpretacji, której dokonuje wykonawca. Będzie o interpretacjach, którymi raczą nas rozmaici krytycy muzyczni i jakimi środkami to robią.
Naturalnie ciężko jest pisać o komentatorach, gdy samemu – nawet w amatorskiej formie i z ograniczoną liczbą czytelników. Ale spróbujmy…
Czym raczą nas komentatorzy oper? Tu nie ma problemu – można zajrzeć do libretta, względnie iść do teatru i skomentować jak dźwięk odpowiada słowu. Treść dramatów zazwyczaj jest dość jasna, oper buffa często wręcz trywialna. Naturalnie z dziełami XX-wiecznego symbolizmu, zwłaszcza w tak świetnym wydaniu jak “Kobieta bez cienia” Straussa czy “Umarłe miasto” Korngolda nie pójdzie już tak łatwo, ale tu wytrawny komentator może sobie pozwolić na więcej hipotez, podobnie jak przy komentowaniu np. twórczości Wagnera, co tu już zresztą kiedyś pokazywałem.
Z pieśniami jest o tyle gorzej, że wiersze są zazwyczaj bardziej skondensowane niż dramaty, ale w sumie podobnie. Zwłaszcza jeśli to śpiewane poematy, rzecz w sumie epicka. Podobnie z poematami symfonicznymi – często spisany program, sugestywny język muzyczny, a nawet sam tytuł bardzo ułatwiają zadanie.
Ale tu się kończy łatwizna. Prawdziwym wyzwaniem jest muzyka bez komentarzy, oparta o klasyczną formę, bez podtytułów, muzyka jak się to niekiedy mówi “absolutna”. Jesteśmy – jak się wydaje – sam na sam z czystą muzyką. Żadnego tekstu, żadnej literatury w podtekście, za to dźwięki i słuchacz.
Ułuda… I takiej sytuacji komentatorzy nam nie przepuszczą! Wynajdą jakieś fakty z biografii kompozytora i już są gotowi do oznaczeń. Ta fraza skrzypiec to narzeczona, ten motyw to wieża kościoła w x, dźwięk rogu to na pewno polowanie, a wznoszący motyw wschód słońca. Niektórzy się nie patyczkują i wprost stwierdzają – muzyki absolutnej nie ma!
Czy jest więc możliwe, byśmy byli na chwilę pozostawieni sam na sam z muzyką? Bez bagażu wieloletnich interpretacji, konwencjonalnych określeń, psychologizowania o poszczególnych fragmentach, całej tej pozamuzycznej otoczce, która zamiast pozwalać cieszyć się muzyką samą w sobie, każe nam “wiedzieć lepiej co kompozytor chciał powiedzieć, niż on sam to wiedział? Cóż musiałoby się stać?
W latach 20. XX wieku odnaleziono we Florencji rękopiśmienny zbiór sonat. Raccolta di varie Sonate per il fortepiano composte dal Signor Cimarosa. Choć opatrzone datą, to jest to data śmierci kompozytora (a nie musi pochodzić od niego!), co oznacza tyle mógł je napisać przez całe życie. Badacze mogą się spierać, czy powstały w Petersburgu, czy dla Florencji czy może w neapolitańskim więzieniu. Na szczęście nie wiemy o tym nic. Jesteśmy pozostawieni sami z dźwiękami. Z pięknymi, nieprzetwarzanymi (jak u Haydna i Mozarta), w każdej sonacie nowymi melodiami. Kilka minut i już nowa melodia! Bez wskazówek czy to jakaś wprawka operowej arii, pasaż do ćwiczeń czy portret damy na petersburskim dworze. I choć nie sposób się oprzeć wrażeniu, że w muzyce tej czuć jasne słońce południowych Włoch – ojczyzny Cimarosy – to nie ma żadnych choćby wskazówek, że którakolwiek z sonat jakiekolwiek słońce ma obrazować. Oto nieskażone przez interpretacje, komentarze i domysły czyste melodie.