Najpiękniejsza na świecie jest…

…”muzyka polska”. Tak przynajmniej twierdził w swojej dawnej już książce znany (choć wikipedii nieznany…) polski muzykolog Józef Władysław Reiss. Do Reissa mam pewien sentyment, nie tylko dlatego, że skończyliśmy to samo liceum, ale przede wszystkim dlatego, że jego “Mała historia muzyki” była pierwszą książką jaką o muzyce tzw. poważnej przeczytałem. Jeśli ktoś chciałby coś przeczytać, a nie wie co – jak najbardziej godna polecenia jest właśnie “Mała historia muzyki”. Przystępnie napisana, na temat, bez niepotrzebnego wymądrzania się.

A że czasem autor ów wygłasza “oryginalne” poglądy? To się zdarza każdemu. Oryginalnym poglądem jest niewątpliwie ten wyrażony w tytule tejże publikacji o muzyce polskiej. Naturalnie zrozumieć można, że było to wyrazem pewnego patriotyzmu. Ale czy – w tym przypadku muzyczny – patriotyzm, na tym właśnie powinien polegać? Twierdzenia, które w konfrontacji z rzeczywistością okazują się groteskowe, świadczą raczej o jakichś kompleksach w stosunku – ja wiem? Pewnie do muzyki niemieckiej, włoskiej…

Jak nie mamy wielkiej opery, to nie udawajmy, że mamy. Jak polski dorobek symfoniczny to najwyżej kilka ciekawszych dzieł, to nie ma co udawać, że Niemcy czy nawet Rosjanie mają słabsi. Jeśli utwory jednego ze współczesnych kompozytorów polskich są nadęte do granic niemożliwości, to nie ma co udawać, że tak nie jest – nawet jeśli to persona poważana i znakomity dyrygent.

Prawdziwy patriotyzm muzyczny polega na czym innym. Przede wszystkim na tym, że nie dajemy być zapomnianym perełkom. Dlatego tak wysoko cenię wszelkie dokonania czy to Warszawskiej Opery Kameralnej, czy przede wszystkim Festiwalu Muzyki Jasnogórskiej. Ale mamy też jedną perełkę, którą wszyscy niby znają, a traktują jakby jej nie było. Co bardziej żenujące, odkrywają ją coraz częściej zamiast Polaków – obcy. Jest to koncert skrzypcowy, dzieło, które śmiało konkurować może z najlepszymi utworami z epoki – z koncertami Brahmsa, Czajkowskiego, Sibeliusa. Melodyjny, z bogatą warstwą orkiestry, fragmentami spokojniejszymi, jak i dającymi soliście okazję do wirtuozerii, która jednak nie dominuje dzieła – taki właśnie jaki powinien być znakomity koncert skrzypcowy. Mam tu na myśli oczywiście koncert Mieczysława Karłowicza. W tym roku mija 100. rocznica śmierci tego kompozytora, ale nawet to nie jest wystarczającą okazją, by pojawiło się jakieś nowe polskie nagranie koncertu czy by częściej zaczęto go wykonywać w salach koncertowych.

Największe jednak moje zdumienie budzi podejście do tego koncertu organizatorów konkursu im. Henryka Wieniawskiego. To, że czci się Wieniawskiego – kompozytora niezłego i wartego pamięci – nie dziwi. Ale fakt, że na konkursie tym nie jest przewidziana możliwość wykonania przez uczestników koncertu Karłowicza, jest szokujący. Gra się – oprócz Wieniawskiego – koncerty Mozarta, Beethovena, Sibeliusa, Brahmsa, Mendelssohna, Czajkowskiego, Szymanowskiego… Ale Karłowicz? Następna edycja konkursu w 2011 r., jak informuje na swej stronie Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego regulamin jak i program są ”w przygotowaniu”. Czy wreszcie pojawi się Karłowicz? Bo jeśli nie my go mamy promować – to kto?

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.